liscy i przyjaciele o ojcu Piotrze Ego vobis vos mihi
Strona główna
o.P.Rostworowski
Kalendarium życia
Anegdoty
Myśli wyszukane
Książki i artykuły
Galeria
Kontakt


Ojciec Święty Jan Paweł II:

  • "Był zawsze bliski mojemu sercu. Znałem go jako człowieka Bożego, który radykalizm ewangeliczny potrafił łączyć z wielką dobrocią, szlacheckie pochodzenie i gruntowne wykształcenie z prostotą, która zjednywała mu życzliwość wielu ludzi. Niósł im zawsze duchowe wsparcie i pozostawił w ich sercach ślad głębokiej duchowości".

Metropolita krakowski kardynał Franciszek Macharski:

  • "To był prawdziwy mnich kapłan. Jego życie było tak bujne, a równocześnie tak wyciszone. Był niesłychanie żywy, dynamiczny, pełen pomysłów, stanowczy, nigdy nie przybity, nigdy nie załamany, nigdy nie narzekający. Zawsze znajdowała się w nim taka postawa duchowej siły, spokoju, mądrej, a nie znudzonej cierpliwości. Zaraźliwy, prawie agresywny optymizm i poczucie, że Boża moc jest większa niż wszystko, jeśli tylko człowiek zechce z nią współdziałać. Rozumiał swój czas i jego znaki. Ojciec Piotr Rostworowski. To był nasz mistrz..."

Prof. Gabriel Turowski - bliski przyjaciel Ojca Świętego od czasów krakowskich, kierownik Samodzielnej Pracowni Immunologii Klinicznej Wydziału Lekarskiego UJ, uczestnik międzynarodowego konsylium medycznego leczącego Jana Pawła II po zamachu 13 maja 1981 roku:

  • "w czasach studenckich zjawiałem się w Tyńcu zwykle raz na miesiąc. Ojciec Piotr pozwalał mi mówić bez żadnych ograniczeń, zrzucić z siebie wszystkie wątpliwości, problemy moralne i teologiczne, a tych w umyśle i duszy młodego studenta nie brakowało. Wysłuchiwał tego spokojnie, a potem zaczynała się rozmowa, która zawsze kończyła się spowiedzią. W krótkim czasie stał się ważną osobą w moim życiu, do której miałem pełne zaufanie i którą bardzo ceniłem. Mogę śmiało powiedzieć, że w młodzieńczym buncie te spotkania uchroniły mnie przed odejściem od Kościoła.

    Nasze spotkania trwały dwa lata. Potem widywaliśmy się sporadycznie, ale on mnie dobrze pamiętał - trudno nie pamiętać takiego buntownika. Pomimo upływu czasu i odległości istniał między nami kontakt psychiczny, a ja żyłem w przekonaniu, że mi ogromnie pomógł.

    Kiedy w zeszłym roku miałem okazję pomodlić się nad jego grobem, wszystkie te uczucia sprzed pół wieku odżyły i powróciła świadomość, że zetknąłem się z mistrzem, który miał wpływ na moje życie".

Ojciec Leon Knabit OSB, autor książek i artykułów prasowych, częsty gość programów radiowych i telewizyjnych, były przeor, mistrz nowicjatu, proboszcz i katecheta w Tyńcu i Lubiniu, a także ceniony rekolekcjonista:

  • "Do Tyńca przyjechałem po raz pierwszy w 1951 roku na Boże Narodzenie. Byłem wówczas księdzem diecezjalnym, a u benedyktynów pociągała mnie bardzo piękna liturgia świąteczna. A ojciec Piotr powiedział wówczas: "My już mamy stare głosy, to wy niedługo będziecie tu śpiewać w Tyńcu". Wówczas nie wiedziałem, że było to stwierdzenie na pół prorocze. I kiedy zaczęło kształtować się we mnie powołanie benedyktyńskie, to przeprowadzałem z ojcem Piotrem długie rozmowy na temat dalszej drogi życiowej. Ale wówczas dostałem propozycję studiów w Rzymie. Napisałem do ojca Piotra list z zapytaniem, co mam robić. I otrzymałem odpowiedź: "Może ksiądz wybierać: może próbować iść za głosem powołania, albo, jeśli ciągnie księdza kariera i Rzym, to nie przeszkadzamy". Byłem bardzo rozzłoszczony tą odpowiedzią, a potem sobie pomyślałem: "Spróbuj sobie wyobrazić, jak ojciec Piotr mówi te słowa." I zobaczyłem go z tym jego uśmiechem, jak patrzy prosto w oczy. Wówczas zdecydowałem się na Tyniec, a nie na Rzym".

Zafascynowany postacią współczesnego wybitnego teologa Hansa Urs von Balthasara, autor książki jemu poświęconej "Teologia chwały", a także książek dotyczących życia kontemplacyjnego, przeor klasztoru kamedułów w Bieniszewie, ojciec Korneliusz Tadeusz Wencel EC:

  • "Ojciec Piotr był postacią szczególną w przestrzeni polskiego monastycyzmu. Człowiek o ogromnym charyzmacie, niezwykłej mądrości życiowej, o wielkim potencjale intelektualnym, z wewnętrzną klasą, godnością i tym wszystkim, co wypływa z bogatego doświadczenia duchowego. To się w ojcu Piotrze czuło. Wszystko to było połączone z niespotykaną kulturą humanistyczną".


Prof. Stefan Swieżawski, wybitny filozof i historyk filozofii, audytor świecki Soboru Watykańskiego II:

  • "Nie umiem powiedzieć, kiedy zdecydowałem się prosić ojca Piotra o to, by był moim spowiednikiem. Nasze spotkania trwały kilka lat i pamiętam, że bardzo byłem z tego wyboru zadowolony.

    Pociągała mnie u ojca Piotra przede wszystkim jego ogromna prostota. Był człowiekiem, który nie robił ze spowiedzi jakiegoś urzędu: to był sakrament i bardzo proste poradzenie, pomówienie o wielu sprawach, które były dla mnie zasadnicze. Przede wszystkim on sobie doskonale zdawał sprawę, że ja jestem tym, jak by to powiedzieć, "intelektualistą okropnym", który siedzi w sprawach naukowych i chodziło o to, żeby ta nauka nie uderzyła mi do głowy. Często powtarzał, że nie będę sądzony na tamtym świecie z pozycji bibliograficznych. Oczywiście to było do dyskusji, bo w jakimś sensie te pozycje bibliograficzne też mogą być przedmiotem oceny moralnej. Ważne przecież jest i to "jak się robi tę naukę".

Prof. Wanda Półtawska, lekarz-psychiatra, autorka znanych wspomnień o Ravensbrück "I boję się snów", członek Papieskiej Rady Rodziny i Papieskiej Akademii "Pro Vita":

  • "Ojciec Piotr miał wyraźne zainteresowania psychologią i psychiatrią, był wykształcony w tej dziedzinie i cechował go wyraźny charyzmat do ludzi niezrównoważonych. Miał "diagnostyczne oko", przenikliwe spojrzenie skoncentrowane na człowieku, a równocześnie bardzo serdeczne, budzące od razu zaufanie. Kontakt z ludźmi miał taki bezpośredni, serdeczny i ciepły, a równocześnie od strony doktrynalnej zawsze nieugięty. Twardy w zasadach, a łagodny w obcowaniu. Prowadził ludzi tak, by znaleźli Pana Boga, a nie kogo innego. Zarażał ludzi modlitwą, a jego zachowanie było potwierdzeniem, że wszystko się dzieje wobec Boga. Nie tyle specjalnie mówił o Panu Bogu, ale tak się zachowywał, że oczywiste stawało się to, że Pan Bóg jest i wszystko widzi i że szybciej czy później do Niego wrócimy.

    Czasem posyłałam mu naprawdę trudnych, zamkniętych chłopców, a on potrafił znaleźć jakiś klucz do ich psychiki. Te spotkania zawsze kończyły się spowiedzią. Miał charyzmat, że zagubionych młodych nawracał".

Ojciec Augustyn Jankowski OSB, redaktor naukowy "Biblii Tysiąclecia", emerytowany profesor zwyczajny Papieskiej Akademii Teologicznej i kierownik duchowy wielu osób poznał ojca Piotra w 1945 roku, kiedy przyjechał do Tyńca jako ksiądz diecezjalny na rekolekcje. Ojciec Rostworowski był wtedy podprzeorem:

  • "Kiedy szedł na procesji przed nieszporami, zwrócił moją uwagę skupionym wyrazem twarzy: oczy przymknięte, lekki uśmiech. Pomyślałem: "Temu dobrze z Bogiem!"

    Dziesięć lat później zdecydowałem, że z księdza diecezjalnego stanę się zakonnikiem i wstąpiłem do benedyktynów. Mogę śmiało powiedzieć, że jednym z bardzo ważnych motywów mojego działania była osobista fascynacja osobowością ojca Piotra. To mi ogromnie ułatwiło powiedzenie sobie: "Ja tam idę".

Ksiądz Adam Boniecki, generał zakonu marianów w latach 1993-99, a od 1999 roku redaktor naczelny "Tygodnika Powszechnego", autor m.in. "Kalendarium życia Karola Wojtyły":

  • "Byłem młodym księdzem, początkującym dziennikarzem, wymądrzałem się w "Tygodniku Powszechnym". Pewnego razu, po jakimś artykule, otrzymałem list od ojca Piotra. Bardzo pozytywnie wyrażał się o tym, co napisałem a przy okazji stwierdził, że nie wszystko wydaje mu się mądre i słuszne. Ale zrobił to w sposób niezwykle podnoszący na duchu i za to byłem mu wdzięczny, bo przecież nie musiał pisać do jakiegoś młodego księdza Bonieckiego. To było dla mnie takie przeżycie dość wyjątkowe, gdyż ludzie na tym stopniu autorytetu już się mną nie zajmowali, najwyżej mi jakiegoś prztyka w nos dali. A tu nagle spotkałem się z takim poważnym potraktowaniem".

Zofia Cholewińska, pielęgniarka i nauczycielka:

  • "Nazywam go opoką. Piotr - Opoka. Wiadomo, jak bardzo był zajęty, ile miał obowiązków, a mimo to nigdy nie zawiódł. Zawsze znajdował czas dla potrzebującego i zawsze był oparciem.

    Jeżeli nie mogliśmy się zobaczyć, a miałam potrzebę kontaktu, mogłam do niego napisać list. Nie zdarzyło się, żeby nie odpisał. Nie zdarzyło się, żeby nie towarzyszył w chorobie, żeby nie przyjechał do szpitala. Był prawdziwym ojcem. Po prostu był ojcem.

    Nie zawsze byłam święta. To był jeszcze okres przedsoborowy, więc stosunek do pewnych rzeczy był zupełnie inny i ja postąpiłam całkowicie wbrew jemu: zawarłam związek małżeński formalny, tylko cywilny. Teraz widzę, jak bardzo cierpiał, jaki sprawiłam mu ból, zresztą rozmawialiśmy o tym. Ale nigdy nie usiłował mnie złamać, przekonać, potępić. I nigdy nie odwrócił się ode mnie.

    Byli tacy, dla których przestałam istnieć, stałam się powietrzem, nicością. On nigdy tak nie postąpił, choć nie ukrywał swego smutku. To właśnie miał z dobroci Pana Boga, że był szalenie cierpliwy. Nigdy niczego nie narzucał. Mógł podpowiedzieć, podeprzeć, poradzić, ale nie wywierał presji. Dawał wolność człowiekowi, jak Pan Bóg daje nam wolność...

    Poznał mojego męża i może po dwóch latach, kiedy nas odwiedził i Janek wyszedł do kuchni, powiedział: "To Pan Bóg ci go zesłał". A po jego śmierci: "Janek był dla ciebie darem Opatrzności. Jak dobrze, że go spotkałaś na swojej drodze". To była prawda. Ale potrafił, jako ksiądz i to w tamtych czasach, to powiedzieć. Zobaczył coś, co jest najważniejsze: miłość, otwarcie na drugiego człowieka".

Blisko spokrewniony z ojcem Piotrem Konstanty Szułdrzyński zapamiętał ojca jako człowieka o niezwykle pogodnym usposobieniu.

  • "Zawsze taki dziwny, powiedziałbym, nieziemski uśmiech gościł na jego twarzy. Wewnętrzna pogoda, a jednocześnie powaga.

    Pamiętam, że zjawił się przy łóżku mojego umierającego ojca w przededniu jego śmierci. Przyszedł przez nikogo nie informowany. Mój ojciec był chory przez wiele, wiele lat. Co jakiś czas przebywał w szpitalu dla takiego podreperowania zdrowia i nic nie wskazywało na to, że tym razem będzie to pobyt ostatni. Na drugi dzień po wizycie ojca Piotra tata był w zupełnie innym nastroju, taki uradowany. Powiedział mi: "Wiesz, Szeszek był u mnie!" A potem już nie żył. Ojciec Piotr pożegnał go i przygotował na tę ostatnią podróż".

Olga Bałucińska, oblatka tyniecka:

  • "Wówczas, kiedy poznałam ojca Piotra byłam przekonana, że jest to człowiek o wiele starszy. Potem się okazało, że miał 37 lat. Nie spotkałam drugiego człowieka, który by miał 37 lat i był tak dojrzały. A znałam wielu księży i duchownych".

"To był niezwykły człowiek - przypomina Helena z Broel-Platerów Mycielska, także spokrewniona z ojcem Piotrem:

  • To był stryjeczny brat mojego szwagra, ale istniały też powiązania rodzinne przez jego matkę. Wówczas, kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy nie zwracałam na niego żadnej uwagi, bo to był jeszcze taki chłopaczek. Ja miałam 18 lat, a on był sześć lat młodszy. A potem zetknęłam się z nim dopiero jako z zakonnikiem i z czasem został moim spowiednikiem. Był bardzo głęboki. W klasztorach ludzie dojrzewają szybko, jak kwiaty w cieplarni, pod okiem Bożym. A my, na zewnątrz, w podmuchach wiatru i zimnie, powoli dorastamy do różnych spraw. Tę jego niezwykłość widział także Kardynał Karol Wojtyła. "To jest największy polski mistyk" - mówił o nim. Był bardzo ważną osobą w moim życiu i w życiu moich najbliższych".

Profesor Marian Machura, od lat 50-tych organista tyniecki, inicjator słynnych recitali tynieckich, twórca melodii do dwu mszy śpiewanych prawie we wszystkich parafiach Polski:

  • "Mieliśmy wtedy pierwszą córeczkę Magdalenkę - mogła mieć najwyżej 4 latka - Ojciec Piotr posadził ją sobie na kolanach i rozmawiał z nią tak poważnie, a jednocześnie z taką serdecznością i ciepłem. Musiał na dziecku zrobić duże wrażenie, bo kiedy wyszedł, ona tak przytuliła się do mamy i zapytała: "Mamusiu, dlaczego ten ojciec nie jest moim tatusiem?"

Ojciec Benedykt Jerzy Paczuski EC:

  • "Gdy przyjechałem pierwszy raz do Bieniszewa jako kandydat do kamedułów, spotkałem otwarte ramiona ojca Piotra Rostworowskiego, który przyjął mnie jak dziecko, syna, jak brata - z taką serdecznością, jakiej nie spotyka się gdzie indziej. To od razu zlikwidowało wszelkie bariery, jakie mogły powstać w naszych stosunkach przełożony - podwładny i umocniło mnie na drodze mojego powołania, które wówczas było jeszcze do odkrycia, do zrozumienia.

    Nigdy nie uważał czasu poświęconego rozmowom za czas stracony - to była jego cnota. Zdarzyło się, że po dłuższej rozmowie z nim zacząłem przepraszać, że zająłem mu tyle czasu. Nie zaprzeczył, ale spojrzał i powiedział: "Cóż to jest czas?, Po cóż mamy ten czas?". Kiedyś w naszym eremie w czasie Triduum Paschalnego próbowaliśmy przygotować uroczystą liturgię. W atmosferze wyczuwało się jakieś zagonienie, pośpiech, zdenerwowanie i w pewnym momencie ojciec Piotr prowadząc spotkanie zapytał, dlaczego my się spieszymy? Przecież nie mamy innych obowiązków i służbę Bożą musimy przygotować w sposób bardzo poważny i przemyślany. Nie należy się spieszyć i cały swój czas, świadomie i w sposób dobrze zorganizowany, oddać Bogu".

Dominikanin ojciec Joachim Badeni, znany ze swej fascynacji Mistrzem Eckhartem, filozofią zen i Odnową w Duchu Świętym, przez 9 miesięcy praktykował również na Bielanach życie kamedulskie. Wtedy właśnie poznał osobiście ojca Piotra, choć wcześniej miał okazję widzieć go przelotnie podczas rekolekcji w Tyńcu:

  • "Już wówczas robił na mnie ogromne wrażenie, a tym właśnie różnią się ludzie wybitni od nie wybitnych, że robią wrażenie od razu i to wrażenie pozostaje pomimo upływu czasu. To była jedna z dwóch osób spotkanych w życiu, które odcisnęły na mnie tak silne piętno.

    Jest takie hasło zakonu benedyktyńskiego "pax benedictina" i to był właśnie ojciec Piotr - kontynuuje ojciec Joachim Badeni OP - Każdy jego ruch był spokojny, każdy krok spokojny, każda wypowiedź - spokojna. Wrażenie pełnej harmonii wewnętrznej. Świętości monastycznej".

Doktor Janusz Wacław Koralewski, archiwista tyniecki:

  • "Zawsze powtarzałem, że jeżeli jest we mnie cokolwiek dobrego to mam to od ojca Piotra. To jest coś, co zawsze ze sobą niosę, przez całe życie. Pamięć tego dobra. Ojciec uważał, że kochać trzeba człowieka by był lepszy, a nie za to, że jest dobry. Że miłość jest twórcą dobra w człowieku. I to jest coś, co steruje całym moim życiem".

Ojciec Maciej Bielawski OSB, profesor teologii w Kolegium św. Anzelma w Rzymie, zajmował się gromadzeniem pośmiertnej spuścizny ojca Rostworowskiego:

  • "Ojciec Piotr cały był skierowany ku Bogu i to z niego emanowało, to było owym "czymś", co ku niemu pociągało, a przez niego ku Bogu. Często ludzie lgnęli do niego bardzo spontanicznie, najprawdopodobniej podświadomie wyczuwając, że dzięki niemu będą mogli zwrócić się ku Bogu. Zwracali się do niego, gdyż spotykali w nim wcielenie Tego, którego sami pragnęli".

  Strona główna | O.Piotr Rostworowski | Kalendarium życia | Bliscy i przyjaciele o ojcu Piotrze |
Anegdoty | Myśli wyszukane | Galeria | Książki i artykuły | Kontakt
   
 PRYWATNA STRONA MARZENY I MARKA FLORKOWSKICH
   

www.kameduli.info

Copyright 2017 MMF. Żaden fragment tekstu/zdjęć prezentowanych na tej stronie
nie może być
wykorzystany, ani reprodukowany bez pisemnej zgody.

Wykonanie i obsługa: © Verbanet,MMF 2017